(...)

Była sobota, nienaturalnie ciepły dzień, jak na wrzesień. Muchy w stajni obudziły się i zapragnęły ostatni raz tego roku dać wszystkim popalić.

Tylko świniom nie przeszkadzały, choć najwięcej było ich właśnie tam, gdzie najbardziej śmierdziało.

Wieprzki odpoczywały po jedzeniu, bez ruchu, podwoziami do góry, co jakiś czas popierdując zdrowo i chrumkając z oburzeniem, kiedy drzemiący współlokator zapalił kopa w szynkę.

Co zdarzało się coraz częściej, bo chlewik szybko się kurczył.

W snach po żarełku, działo się najwięcej. Nawet Jeden, który w nocy miał koszmary, w czasie sjesty stawał się wieprzem doskonałym.

Śnił o ucieczce...

Była niełatwa, ale świnie uratowane. Patrzył zwycięsko ze szczytu wzgórza. Mięśnie tłuszczem pokryte, wciąż trzymał napięte. Okazałą tuszę zdobił drapieżny wzór z brudu. Wił się od ogona, dołem po szynce, na boczku zygzakiem i wyżej po schabie, u góry słoninę rysując jak w herbie, karkówkę zmieniając w skrzydła jastrzębie. Dalej w poprzek ryja, skrajem przez podgardle, kończąc na łopatce linią prostopadle.

Gdy ruszył w dół zbocza po drugiej stronie…

Kopnął Drugiego, który śnił o beztrosce.

Chciałby dotknąć trawy, którą raz widział. Długą, soczyście zieloną, wspaniałą w dotyku.

Ależ by zdziczał. Nurzał się w niej, skubał, turlał i wdychał.

Tyle razy korciło go, żeby kogoś spytać, jaka w dotyku była. Ale Jeden zacząłby go besztać.

Tymczasem mógł głośno rechotać, w snach był wolny. Trawa po horyzont, a on lekki i swobodny. Biegał i skakał, bardziej jak osioł niż świnia, jadł kiedy chciał i nikt go nie obwiniał.

Trzy, to najciekawsza świnia. Chciałby, żeby otwarte byływszystkie wrota. Nigdzie się nie wybierać, bo to co mówi Jedynka, to głupota. Chciałby móc chodzić wszędzie, w boksach u koni czas spędzać na gawędzie. Śmiać się z kotami, spać w różnych miejscach, w budynku, na polach, na cycach, na plecach, koniecznie po uszy zagrzebany w liściach.

Świnki spały i się uśmiechały.

(...)