I powiedz o sobie coś mądrego

 

 

     Zaczęło się od komiksów, które jako smarkacz wynosiłem w galotach z biblioteki szkolnej, żeby potem czytać w ogrodzie albo na łóżku z poszabrowym dreszczykiem emocji. Tytus, Romek i A'Tomek, Kajko i Kokosz, Profesorek Nerwosolek, te przygody są ze mną do dzisiaj, jak prawie z każdym chłopakiem z mojego i wcześniejszego pokolenia. Podziwiałem i wciąż podziwiam ich twórców. Przed dziesięciu laty udało mi się nawet zdobyć autograf pana Christy. Podstępem rzecz jasna, jakżeby inaczej.

     Szybko zacząłem czytać książki. Pamiętam pierwszą, "O psie, który jeździł koleją". I nawet wypożyczyłem. Jakoś książki nie wydawały mi się warte ryzyka.

   Od niej się zaczęło. Odkryłem, jak tekst pobudza wyobraźnię. Jakie obrazy wywołuje pod deklem i jakie to jest niesamowite. W ruch poleciały gatunki science-fiction i horrory. Uwielbiałem książki, w których coś się dzieje i które są proste. Uważam, że czytanie nie może męczyć, na żadnym z poziomów rozwoju. Dlatego nie 'ciężarówą' powinno się zachęcać do czytania. Za to czymś lekkim i przyjemnym pobudzić nieprzyzwyczajone do druku oczy i mózg.

    Dopiero po latach doceniłem Faulknera, Kafkę, czy Remarque'a, ale tylko dlatego, że do nich dojrzałem - apetyt rośnie w miarę jedzenia.

 

   Jako nastolatek zacząłem uprawiać kulturystykę i pisać wiersze, poszedłem do szkoły złotniczej. Podobała mi się muskularna budowa ciała, siła i respekt, ale też ciepło, romantyczna miłość i sztuka. O tych drugich sprawach nie mówiłem, żeby nie wyjść na farfocla, ale wyrażałem w poezji i w tworzonej biżuterii. Świetnie radziłem sobie z metalami szlachetnymi i kamieniami, gorzej z poezją. Wydawało mi się, że moje wiersze są pełne romantyzmu, myśli o życiu i śmierci, niosą jakąś wartość. Ale ostatnio zerknąłem sobie na kilka z nich i muszę stwierdzić, że sam nie wiem, co autor miał na myśli. Toż to durne jest niemiłosiernie.

   Zauważyłem jednak coś ciekawego, co robiłem najwyraźniej podświadomie. Prawdziwy powód i sposób, w jaki powstawały. Otóż widać w nich podniecanie się słowem. Może nie ma w tym niczego specjalnego, bo każdy piszący dzieciak podnieca się swoimi wypocinami, ale te nie mające sensu teksty są zlepkiem zdań, które brzmią, jak poezja. O ile nie są zestawione razem. Widzę w nich zalążek sposobu, w jaki konstruuję teraz.

     Lepiej zdarzało mi się pisać po dwudziestce, kiedy stałem na bramce w klubie nocnym i interesowałem się gangsterką. No cóż, trochę za bardzo poszedłem w jedną ze skrajności.

    Niestety prawie wszystkie wiersze z tamtego okresu przepadły. Znalazłem jeden. Wyraziłem w nim tęsknotę za dziką plażą, do której uciekałem przed swoimi osiągnięciami, których miałem coraz bardziej dość. Pamiętam, że pod koniec zimy zmęczona syfem głowa płodziła najwięcej poezji. Z utęsknieniem czekałem na pierwsze ciepłe dni, żeby w końcu móc dać dyla na plażę i odetchnąć.

 

Sztorm wciąż oddech odbiera, deszczem i wiatrem
tchnienie wolności oddala. Cierpliwość brutalna umysł
stęskniony więzi jak w głębi, katując bezdechem.
Czeka na posłańca przestrzeni błękitu z złota kruszcem
słonecznym, by wykupił wolność. I brzegu dzikiego,
esencją spokoju błogą upił, umysłu wyzwolonego łąki
marzeń bezkresne.

 

    Od życia nocnego, które coraz bardziej ciążyło na bani, na co dzień uciekałem w książki. Na bramce czytałem dwie tygodniowo. Mówiłem sobie, że mnie tam nie ma. Co inteligentniejsi taksówkarze dziwili się na widok bramkarza, który czyta, do tego Remarque'a. A co w tym dziwnego? Każdy głupek może czytać, wystarczy tylko umieć.

     Potem, za namową kolegi, który jako jeden z niewielu czytał moje wiersze, zabrałem się za pisanie powieści. To dopiero była ucieczka.

    I tak się zaczęło. Pierwszą nieudaną książkę pisałem dwa lata, prawie całą na bramce. Opowieść miała tytuł "Kolor Ognia" i oprócz świetnego pomysłu, niewiele było w niej dobrego. Podobała się mojej żonie, ale Ona jest zakochana, biedna zaślepiona...

    W końcu uciekłem z bramki na statek. Tam, oprócz listów miłosnych do żony, zacząłem pisać drugą powieść. Poczytałem już o tym, jak pisać, więc forma była o niebo lepsza. Opowieść miała tytuł "Pamiętnik bramkarza". Nie dałem rady jej jednak skończyć, mimo znieczulania się dymem z zielonej rośliny. W dziewiętnastym rozdziale historia zaczęła się rozkręcać na ostro i wtedy zaczęło mnie mdlić. Nie mogłem znowu przeżywać tego, od czego uciekałem na plażę, żeby w końcu uciec na dobre. Zresztą, myślę, że i tak nie byłoby to dobre. Co najmniej niesmaczne, jak poranny kapeć w buzi.

    Statek, a raczej dwa bliźniacze, na których pracowałem półtora roku, 'zaczął tonąć' i znowu musiałem uciekać. Póki co można je zobaczyć ze Skweru Kościuszki w Gdyni. Podobno zostały zaaresztowane. I tak sobie rdzewieją, czekając na niechybną śmierć. Jednak nie zostaną zapomniane. Na jednym toczy się akcja w "Małym Kapciu".

   Po ucieczce ze statku zostałem handlowcem, ożeniłem się i pisałem dalej. Chciałem wykorzystać pierwszy pomysł i napisać "Kolor Ognia" jak trzeba. Ale najpierw musiałem sprawdzić, czy mój styl się komuś spodoba. Wpadłem na pomysł krótkiej formy i tak powstała "Metalowa Dolna". 

     Po wydaniu tej mini powieści napisałem "Małego Kapcia", książka od zeszłego roku leży w wydawnictwach, ale boją się wydać, cykory. To w końcu ani kryminał, ani romans. Potem powstał "Wpływ", niedługo kilka osób przeczyta i wyrazi opinię. A napisany jak trzeba "Kolor Ognia" czeka na redakcję. I chodzi mi już po głowie kolejna opowieść. Męczy mnie, nie daje spokoju, więc i ją popełnię.

    Uważam, że każdy może pisać, nauczyć się tego. Musi tylko chcieć, być wytrwały, pracować i mieć dużo cierpliwości. A jeśli do tego jest kumaty, to pięknie. Ja nie mam super zdolności. Potrzebuję sporo czasu i skupienia, żeby napisać kilka zdań, a potem rzeźbić w przelanych słowach, aż ukaże się pożądany kształt. Zaliczam się do rzemieślników niezbyt utalentowanych. Za to nie brakuje mi wytrwałości i pragnienia tworzenia. Ten głód jest jak bicie serca, jak oddychanie.

    Nie da się bez tego żyć.

   

  Maj 2017